Dyskusja na temat globalnego ocieplenia

Globalne ocieplenie czy globalna ściema?
Autor artykułu: Mariusz Max Kolonko, 14-07-2009

Źródło: Rzeczpospolita

Jak na ironię, gdy w marcu w Dniu Ziemi aktywiści ochrony środowiska demonstrują przed Kapitolem przeciwko globalnemu ociepleniu, w Waszyngtonie sypie śnieg – pisze publicysta

Barack Obama przekonał Izbę Reprezentantów do przegłosowania ustawy klimatycznej. Ameryka ma emitować o 17 proc. mniej dwutlenku węgla i gazów cieplarnianych do 2020 roku, a do połowy tego stulecia aż o 83 proc. mniej niż teraz. Wygląda dobrze? Jedynie na papierze.

Amerykanie boją się wszędobylskiego rządu, ale tradycyjnie wspierają ochronę środowiska. Demokraci pokazują zatem Ameryce białe niedźwiedzie taplające się w topniejących śniegach lodowców, a jednocześnie przepychają w Kongresie ustawę, która doprowadzi do cichej ingerencji rządu w niemal każdą dziedzinę życia obywateli.

Białe dachy za białe niedźwiedzie
Analizy The Heritage Foundation wykazują, że nowa ustawa będzie rocznie kosztować przeciętną amerykańską rodzinę prawie trzy razy więcej w energopochodnych wydatkach. A to dopiero początek problemów.

Ustawa klimatyczna reguluje ceny energii. Koszt energii decyduje o kosztach utrzymania i stylu życia Amerykanów: od wyboru samochodu po cenę kubka kawy. Do widzenia ulubione, bezpieczne kolosy SUV, bye#-bye „umięśnione auta” (muscle cars) wyrywające setkę w kilka sekund. Witajcie nielubiane w Ameryce, bezpieczne dla środowiska (ale nie dla ludzi) samochodziki wyciskające 40 mil z galona benzyny.

Chcesz sprzedać dom? W myśl ustawy klimatycznej twój dom musi być o 30 procent bardziej energooszczędny niż obecnie. Zanim więc przyjdą chętni, wpadnie inspektor, który oceni, czy twój dom spełnia wymogi. Jeśli nie, wstaw nowe okna, zainstaluj biały dach odbijający promienie słoneczne (propozycja Arta Rosenfelda, członka Komisji Energii Kalifornii) i koniecznie zainstaluj (na swój, oczywiście, koszt) gniazdo elektryczne do tankowania baterii hydroaut. Przeciwnicy ustawy argumentują m.in., że ceny domów wzrosną niebotycznie, co ostatecznie pogrąży rynek nieruchomości, pogłębiając recesję.

Walka o ustawę klimatyczną w Senacie będzie zatem walką o charakter Ameryki, która z kraju wolnego wyboru i wolnorynkowej samoregulacji emisji zanieczyszczeń zamieni się w kraj sterowany instrukcjami polityków w Waszyngtonie, w którym o osobistych wyborach obywateli decyduje rząd. Walką, w której – zdaniem wielu – w istocie chodzi o kasę i o władzę.

Limit i handel
Limit i handel (cap and trade) to amerykańska wersja dyrektywy o handlu emisjami (EUETS – EU Emissions Trading Scheme). Limit określa dozwoloną w USA ilość emisji zanieczyszczeń, handel – obrót niewykorzystanymi limitami.

Europejski wariant, według analiz publikowanych w „Wall Street Journal”, nie działa. Firmy emitujące dwutlenek węgla ponad otrzymane przydziały wcale nie szukają sposobów na ograniczenie emisji, ale po prostu przekazują rachunek konsumentowi. Kowalski nie tylko płaci za energię więcej, ale i nabija kasę miliarderom nowego przemysłu, których stworzył handel emisjami.

Amerykańskimi pionierami tego przemysłu są m.in. kompanie dostarczające oprogramowanie kontrolujące emisję przedsiębiorstw. Rynek oprogramowania, wart dziś 2,5 mld dolarów, ma wzrosnąć dziesięciokrotnie, jeśli ustawa o limicie i handlu zostanie wdrożona.

W jednej z firm (Hara) poważne sumy zainwestował Al Gore, sztandarowa postać zielonego lobby, autor filmu „Niewygodna prawda”. Ironią losu jest, że najbardziej niewygodna prawda ujrzała światło dzienne już po zdobyciu przez byłego amerykańskiego wiceprezydenta Oscara, kiedy media obiegły rachunki za energię zużytą w posiadłości Gore’ów w Nashville. Wynikało z nich, że państwo Gore zużyli, bagatela, 22,619 kilowatogodziny energii elektrycznej w jednym tylko miesiącu, średnio dwa razy tyle, ile zwykły Amerykanin zużywa przeciętnie w ciągu całego roku.

Sam film Gore’a dofinansował Jeff Skoll, były prezydent eBay, partner inwestycyjny Gore’a, założyciel funduszu zaporowego (hedge fund) Capricorn Investment Group, LLC, w który Al Gore zainwestował 35 milionów dolarów.

Według źródeł Bloomberg News Al Gore zakończył karierę polityczną jako wiceprezydent z sumą 2 mln dolarów na koncie. Według danych Fast Company w 2007 r. jego fortuna sięgnęła już ponad 100 milionów dolarów uzyskanych z inwestycji w przedsiębiorstwa produkujące zielone technologie i ciągle rośnie. Największą kurą znoszącą zielone jajka jest dla Gore’a partnerstwo z firmą inwestycyjną Kleiner, Perkins, Caufield & Byers z Kalifornii, która m.in. chce wypuścić na amerykański rynek 50 tys. samochodów elektrycznych.

Na „zielony pociąg” załapali się inni promotorzy ustawy. Przewodnicząca Izby Reprezentantów, demokratka Nancy Pelosi, zainwestowała od 50 do 100 tys. dolarów w korporację Clean Energy Fuels. A współautor ustawy, demokrata z Massachusetts, Edward Markey podobne kwoty w Firsthand Technology Value Fund.

Niektórzy politycy w Kongresie tak się spieszyli z uchwaleniem ustawy, że opozycja republikańska w Izbie otrzymała do lektury 341 stron poprawek do ustawy o 3 nad ranem w dniu głosowania, a Agencja Ochrony Środowiska (EPA) nie ujawniła przed głosowaniem treści raportu wykazującego, że do 2030 roku czeka nas oziębienie klimatu. Powstałoby wówczas pytanie: jeśli nie ma globalnego ocieplenia, to po co nam ustawa klimatyczna?

Straszak zielonego lobby
Na ironię losu zakrawa fakt, że gdy w marcu w Dniu Ziemi aktywiści ochrony środowiska demonstrują przed Kapitolem przeciwko globalnemu ociepleniu, w Waszyngtonie sypie śnieg. Być może dlatego zielone lobby w Ameryce zarzuciło termin „globalne ocieplenie” na rzecz nowego: „zmiany klimatyczne”.

Innym straszakiem używanym przez zielone lobby w Ameryce jest węgiel. Węgiel dostarcza Ameryce niemal połowę energii. To także 40 proc. emisji dwutlenku węgla do atmosfery całej Ameryki. Zielonemu lobby to wystarcza, by straszyć: wyginą niedźwiedzie polarne, a wyspa Manhattan straci Downtown aż po Wall Street, która z ulicy Ościennej zamieni się w Portową, kiedy roztopione lodowce Alaski podniosą poziom wód o 6 metrów. Tych „prawd” uczy się dziś dzieci w amerykańskich szkołach.

Tymczasem brytyjska Antarctic Survey obsługująca pięć stacji badawczych na Antarktydzie stwierdza w „Geophysical Research Letters”, że w ciągu ostatnich 30 lat pokrywa lodowa Antarktyki rosła w tempie 100 tys. kilometrów kwadratowych co dziesięć lat. Również australijskie Centrum Badawcze na Antarktydzie w stacji Davis (Antarctic Climate and Ecosystems Co#-Operative Research Center) stwierdziło, że w ubiegłym roku średnia grubość pokrywy lodowej Antarktyki wynosiła 1,89 metra, najwięcej od dziesięciu lat.

Badania wykazują, że globalne ocieplenie przeżyli już nasi przodkowie między X a XIII wiekiem, kiedy na Ziemi panowała temperatura od 1 do 3 stopni wyższa niż obecnie. Od połowy XIX wieku temperatura wzrastała tylko o 0,5 stopnia Celsjusza, a w latach 1940 – 1975 zaczęła ponownie spadać. Jeżeli zatem w dobie powojennego boomu gospodarczego i związanej z nim emisji dwutlenku węgla do atmosfery temperatura malała, oznacza to, że relacja między emisją CO2 a temperaturą nie istnieje. Jeśli tej relacji nie ma, cała koncepcja globalnego ocieplenia traci sens.

Faktem jest także, że czynne dziś wulkany emitują więcej CO2 niż wszystkie nasze fabryki, samoloty i samochody razem wzięte. Zwierzęta i bakterie żyjące na Ziemi wytwarzają ok. 150 gigaton dwutlenku węgla rocznie, ludzie zaledwie 6,5 gigatony. Najwięcej dwutlenku węgla emitują oceany pokrywające ponad 70 proc. naszej planety. Sezonowe wahania temperatury wód oceanu odpowiedzialne są za powodzie, susze i inne klimatyczne zmiany, które obserwujemy od czasu do czasu, a które mają tyle wspólnego z apokalipsą co trąba powietrzna z tubą.

Do więzienia za wycięcie drzewa
Ameryka kocha przyrodę. Abraham Lincoln w 1864 roku oddał ziemię doliny Yosemite „w wieczyste publiczne władanie”, tworząc pierwszy park narodowy na świecie. Dumą napawają Wielki Kanion, bezdroża dzikiej Alaski czy bezkresne prerie Wyoming „piękne za bezkres nieba”, uwiecznione w popularnej pieśni XIX#-wiecznego organisty z New Jersey Sama Warda.

100 lat później hrabstwa w całej Ameryce przyjmują tzw. prawa drzew (tree laws). Były burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani za swej kadencji podniósł kary za nielegalne ścięcie drzew w metropolii do jednego roku pozbawienia wolności i 15 tys. dolarów grzywny.

Dziś jednak, po raz pierwszy w historii sondaży Gallupa, 51 proc. Amerykanów uważa poprawę gospodarki za ważniejszą od ochrony środowiska. Mimo to prezydent Barack Obama przeforsował ustawę klimatyczną w Izbie Reprezentantów. Choć przypuszczać należy, że polegnie ona w Senacie, zastanawia tempo narzucania społeczeństwu rozwiązań majstrowanych w gabinetach lobbystów, bankierów i innych wizjonerów przyszłej Ameryki spod znaku „Yes, we can”. To, że możemy, nie znaczy, że powinniśmy. Prezydent George W. Bush nie podpisał protokołu z Kyoto, uznając go za szkodliwy dla amerykańskiej gospodarki.

Wydaje się jednak, że prezydent Obama będzie chciał nadal polerować swój image i pojawi się w grudniu na konferencji klimatycznej w Kopenhadze, by popychać Amerykę w objęcia zbiorowych układów ekologicznych Narodów Zjednoczonych. W grudniu może być tam zimno. Tak zimno, że amerykańska delegacja może wspomnieć słowa Boba Dylana z wywiadu dla „The Rolingstones”: „Czy niepokoi pana globalne ocieplenie? – Gdzie jest to ocieplenie? – odpowiada ikona rocka. – Tu można zamarznąć”.
Autor jest dziennikarzem, byłym korespondentem TVP i TVN w USA. Publicysta, prezenter i producent telewizyjny.W Stanach Zjednoczonych od 1988 roku http://www.maxkolonkoblog.com/

________________________________________

Ocieplenie groźniejsze od bomby atomowej

Autor artykułu: Marta Śmigrowska 21-07-2009,

Źródło: Rzeczpospolita OnLine

Ironiczne uproszczenie Mariusza Maksa Kolonki, sprowadzające zmiany klimatu do kłopotów niedźwiedzi polarnych, nie przesłoni faktu, że zmiany klimatu boleśnie dotykają Stanów Zjednoczonych – pisze ekolog (tekst wyraża stanowisko Koalicji Klimatycznej zrzeszającej 18 organizacji pozarządowych działających na rzecz ochrony klimatu)

Artykuł Mariusza Maksa Kolonki („Globalne ocieplenie czy globalna ściema?”, „Rzeczpospolita”, 14.07.2009) zawiera wiele interesujących zapisów, w świetle najświeższych opracowań naukowych i ekonomicznych brzmiących nader kontrowersyjnie. Dlatego też z uwagą pochylę się nad zapisami artykułu, mając nadzieję, że niniejsza polemika, poparta rzetelnym materiałem źródłowym, skłoni pana Kolonkę do podjęcia dialogu z orędownikami działań na rzecz łagodzenia zmian klimatu.

Postaram się rozwiać wątpliwości pana Kolonki i wykazać, że złagodzenie zmian klimatu leży w żywotnym interesie USA (podobnie jak unijne regulacje klimatyczne leżą w interesie Europy i Polski). Pokrótce przytoczę dowody na to, że zmiany klimatu mają miejsce – i że to człowiek jest za nie odpowiedzialny.

Spuścić wodę z jeziora
Podważając zasadność nowych amerykańskich regulacji klimatycznych, pan Kolonko stwierdza, że: „demokraci pokazują (…) Ameryce białe niedźwiedzie taplające się w topniejących śniegach lodowców, a jednocześnie przepychają w Kongresie ustawę, która doprowadzi do cichej ingerencji rządu w niemal każdą dziedzinę życia obywateli”.

Ironiczne uproszczenie, sprowadzające zmiany klimatu do kłopotów niedźwiedzi polarnych, nie przesłoni faktu, że zmiany klimatu boleśnie dotykają Stanów Zjednoczonych. Najtragiczniejszy huragan w historii USA – Katrina – kosztował USA niemal 2000 istnień ludzkich oraz 110 mld dol. Topniejąca wieczna zmarzlina na Alasce i sztormy wdzierające się głąb lądu niszczą eskimoskie wioski, takie jak Newtok, Shishmaref i Kivalina. Na początku 2009 r. w Kalifornii ogłoszono alarm przeciwsuszowy. Potencjalne straty szacowano na 3 mld dol., a zagrożone miejsca pracy – na 95 tys. Kalifornia jest również narażona na gwałtowne sztormy, które zagrażają 480 tys. ludzi, a także ich domom, przedsiębiorstwom, elektrowniom, portom i lotniskom. Potencjalne straty szacuje się na 100 mld dol. Amerykańscy producenci kukurydzy stracą w najbliższej przyszłości ponad 1,4 mld dol. rocznie w związku z powtarzającymi się suszami. Południowe stany USA walczą o drastycznie malejące zasoby wodne – Karolina Południowa zaskarżyła plany Karoliny Północnej dotyczące zwiększenia pobierania wody z rzeki Catawba, Alabama i Floryda wygrały spór sądowy z Georgią, która zamierzała spuścić wodę z jeziora Lanier – głównego źródła wody pitnej regionu Atlanty, a Floryda sądziła się z Korpusem Inżynierów Sił Lądowych USA, który zamierzał ograniczyć ilość wody spuszczanej ze zbiorników zasilających rzekę Apalachicola.

Przytoczone zjawiska wiązane są przez naukowców ze zmianami klimatu. Ustawa klimatyczna ma być polisą ubezpieczeniową Amerykanów na wypadek jeszcze bardziej drastycznych katastrof klimatycznych.

Koszty reperacji dachu
Pan Kolonko jednostronnie wskazuje na obciążenia gospodarcze nowej ustawy klimatycznej, pomijając jej szerszy kontekst oraz te zapisy, które mają umożliwić miękkie lądowanie w nowej ekonomicznej rzeczywistości, ograniczonej możliwościami klimatu, zarówno „węglożernym” gałęziom przemysłu, jak i konsumentom.

Autor nie ujmuje w swoich kalkulacjach poważnego kosztu niepodjęcia działań. Według byłego głównego ekonomisty Banku Światowego Nicolasa Sterna działania na rzecz ochrony klimatu w skali globu będą kosztować 1 proc. światowego PKB, a brak działań – nawet 20 proc. Przedsmak tego, ile kosztować będą zmiany klimatu w samej Ameryce, dają liczby przytoczone powyżej. Wskazywanie wyłącznie na koszt ustawy to jak utyskiwanie na koszty reperacji dachu przy całkowitym ignorowaniu strat powstałych wskutek permanentnego zalewania domu deszczówką.

Pan Kolonko zapomina nadmienić, że ustawa zawiera wiele zapisów, które mają złagodzić wzrost cen energii. 30 proc. uprawnień do emisji (waluty w handlu emisjami) trafi nieodpłatnie do dystrybutorów energii, którzy są obowiązani użyć ich, by chronić odbiorców energii przed wzrostem cen. Zyski ze sprzedaży na aukcji 15 proc. uprawnień mają dodatkowo zrekompensować wzrost cen energii najuboższym.

Wskazując na koszty ustawy dla przeciętnej amerykańskiej rodziny, pan Kolonko powołuje się na wyliczenia konserwatywnego think tanku, ignorując jednakże wyliczenia Biura Budżetowego Kongresu, które stwierdza, że „gospodarstwa domowe o najniższych dochodach mogą liczyć na zysk netto w wysokości ok. 40 dol. w roku 2020, podczas gdy gospodarstwa domowe o najwyższych dochodach powinny się liczyć z kosztem netto w wysokości 245 dol.”.

Czy za bardziej wiarygodne uznamy wyliczenia ponadpartyjnej agendy federalnej, czy też instytucji sponsorowanej przez konserwatywnych kongresmanów zależy – naturalnie – od punktu widzenia.

Wskazując, że ustawa może pogłębić amerykańską recesję, pan Kolonko zapomina wspomnieć, że system handlu emisjami zostanie uruchomiony dopiero w 2012 r., czyli w okresie, kiedy amerykańska gospodarka powinna się już odbić od dna. Co więcej, w tymże roku 2012 całkowita wartość uprawnień do emisji nie przekroczy 50 mld dol. (w gospodarce wartej 15 trylionów dol.). Owe 50 mld powróci do gospodarki m.in. w postaci inwestycji modernizacyjnych. Modele ekonomiczne wskazują, że ustawa nie będzie miała znaczącego negatywnego wpływu na gospodarkę.

Osobiście wybiorą emigrację
Inna sprawa, że ustawa może wręcz przyczynić się do wzrostu gospodarczego – odnawialne źródła energii, wspierane przez nową ustawę, to szalenie prospektywna gałąź gospodarki amerykańskiej – przyrost miejsc pracy w tym sektorze od roku 1998 był 2,5 raza wyższy niż w pozostałych gałęziach gospodarki.

Odpierając zarzuty, że nowa ustawa zaszkodzi gospodarce, Paul Krugman, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, na łamach „New York Timesa” stwierdza jednoznacznie: „najlepsze dostępne szacunki wskazują, że koszt programu ograniczania emisji będzie umiarkowany, o ile program będzie wprowadzany stopniowo. A podjęte dziś zobowiązania mogą nawet pomóc podźwignąć gospodarkę z obecnego załamania”.

Ostatecznie wątpliwości pana Kolonki rozwiać powinien raport „Reducing U.S. Greenhouse Gas Emissions” firmy McKinsey – jednej z najważniejszych firm doradczych świata, gdzie stwierdzono, że stabilizacja stężenia gazów cieplarnianych na stosunkowo bezpiecznym poziomie 450 ppm (części na milion) może USA nic nie kosztować. Zyski związane ze zwiększeniem efektywności energetycznej zrekompensują koszty związane z rezygnacją z węgla i ropy na rzecz alternatywnych źródeł energii.

Pan Kolonko stwierdza, że: „walka o ustawę klimatyczną w Senacie będzie zatem walką o charakter Ameryki, która z kraju wolnego wyboru i wolnorynkowej samoregulacji emisji zanieczyszczeń zamieni się w kraj sterowany instrukcjami polityków w Waszyngtonie, w którym o osobistych wyborach obywateli decyduje rząd”.

Czas już przywołać aspekt moralny działań na rzecz ochrony klimatu, który umiejętnie pomija w swoim artykule pan Kolonko. Jakie mogą być „osobiste wybory obywateli” krajów Trzeciego Świata – już teraz wyjątkowo mocno dotkniętych zmianami klimatu? Być może, w obliczu nasilających się klęsk żywiołowych i niemożności zaspokojenia podstawowych potrzeb, mieszkańcy krajów rozwijających się „osobiście wybiorą” migrację do krajów rozwiniętych – USA, Europy, w tym Polski.

Skrojona na potrzeby mentalności
Pan Kolonko wspomina, że europejski system handlu emisjami, na którym częściowo wzoruje się propozycja amerykańska – nie jest skuteczny. Niska skuteczność systemu europejskiego w pierwszej, pionierskiej fazie wynikała przede wszystkim z nadmiaru darmowych uprawnień przyznanych przemysłowym emitentom gazów cieplarnianych. Rewizja systemu ukróciła rozdawnictwo darmowych uprawnień, wzrośnie więc jego skuteczność.

Co znamienne, w USA już działa skuteczny system handlu emisjami służący redukcji dwutlenku siarki. Koszty redukcji SO2 okazały się znacznie niższe, niż zakładała amerykańska administracja.

Dla opartego na rynku systemu handlu emisjami wskazuje się powszechnie tylko jedną alternatywę – podatek węglowy. Pan Kolonko, jako znawca polityki i mentalności amerykańskiej, musi mieć świadomość, że o ile w USA możliwe jest wprowadzenie instrumentu rynkowego, o tyle opodatkowanie (czyli druga opcja) zostanie potraktowane właśnie jako przywołana przez autora artykułu nadmierna ingerencja rządu w sprawy obywateli. W tym świetle ustawa klimatyczna jest zapewne najlepszym, najbardziej kompromisowym rozwiązaniem, skrojonym na potrzeby mentalności amerykańskiej.

Zagrożenie większe od jądrowego
Przywołując stan majątkowy i powiązania biznesowe Ala Gore’a, pan Kolonko w prosty sposób stara się zdezawuować całą rzeszę orędowników działań na rzecz łagodzenia zmian klimatu. To ciekawy zabieg, szczególnie że w tym gronie (jak rozumiem w oczach pana Kolonko tracącym wiarygodność z uwagi na ilość sypialni w domu Ala Gore’a) znajduje się m.in. Stephen Hawking – najwybitniejszy żyjący fizyk, który stwierdził: „globalne ocieplenie jest obecnie największym zagrożeniem dla ludzkości, większym nawet od wszystkich arsenałów jądrowych razem wziętych”.

W gronie tym znajdują się również twardzi amerykańscy mężczyźni (zapewne posiadacze muskularnych SUV), tacy jak generał Anthony Zinni, były głównodowodzący wojsk amerykańskich na Środkowym Wschodzie, który stwierdził: „już wkrótce poniesiemy militarne koszty [zmian klimatu]. Zginą ludzie. Będą straty w ludziach”.

Komentując jakość samego procesu legislacyjnego, pan Kolonko pisze: „Niektórzy politycy w Kongresie tak się spieszyli z uchwaleniem ustawy, że opozycja republikańska w Izbie otrzymała do lektury 341 stron poprawek do ustawy o 3 nad ranem w dniu głosowania”.

Interesujące, że poprawki wprowadzone do tekstu przyczyniły się do osłabienia proklimatycznych zapisów ustawy. W walce o ostateczny kształt ustawy do ostatniej chwili brało udział lobby węglowe, naftowe i rolnicze. Trudno więc przedstawić debatę nad ustawą jako brzydki psikus spłatany sennym republikańskim kongresmenom.

Silna antyklimatyczna grupa
Autor artykułu stara się podważyć zasadność nowych regulacji, opierając się na źródłach wątpliwej jakości i podważając wyniki rzetelnych badań naukowych. Pan Kolonko stwierdza, że: „Agencja Ochrony Środowiska (EPA) nie ujawniła przed głosowaniem treści raportu wykazującego, że do 2030 roku czeka nas oziębienie klimatu. Powstałoby wówczas pytanie: jeśli nie ma globalnego ocieplenia, to po co nam ustawa klimatyczna?

Raport ów okazał się samodzielną inicjatywą dwóch pracowników EPA i nie odzwierciedla stanowiska agencji. Nie bez znaczenia jest fakt, że żaden z autorów nie jest klimatologiem, a wsparcia przy raporcie udzieliła organizacja Friends of Science – silna antyklimatyczna grupa lobbingowa.

Dalej pan Kolonko oświadcza: „Badania wykazują, że globalne ocieplenie przeżyli już nasi przodkowie między X a XIII wiekiem, kiedy na Ziemi panowała temperatura od 1 do 3 stopni wyższa niż obecnie”.

Nie udowodniono, że tzw. średniowieczne optimum klimatyczne, na które powołuje się pan Kolonko, było zjawiskiem o zasięgu globalnym, porównywalnym do dzisiejszego. Być może w niektórych regionach świata (np. w Europie) było ciepło, jednak rekonstrukcje temperatur globalnych z tego okresu wyraźnie wskazują, że teraz jest cieplej i że temperatury rosną znacznie szybciej niż kiedykolwiek na przestrzeni tysiąca, a może i 2 tysięcy lat. NOAA (Narodowa Administracja Oceanu i Atmosfery USA) stwierdza: „Teoria o średniowiecznym optimum klimatycznym (czy to globalnym, czy dotyczącym jednej półkuli), kiedy to miało być cieplej niż dzisiaj, okazała się nieprawidłowa”.

Pyły, sadze i aerozole
Dalej pan Kolonko stwierdza: „Od połowy XIX wieku temperatura wzrastała tylko o 0,5 stopnia Celsjusza, a w latach 1940 – 1975 zaczęła ponownie spadać.” Klimat jest wrażliwy zarówno na czynniki ocieplające, jak i chłodzące. Do okresowego spadku temperatur przyczynić się może np. emisja zanieczyszczeń powietrza. W latach 40. i 50. ocieplenie powodowane przez CO2 (wówczas łagodniej wpływające na klimat niż obecnie) zostało okresowo zniesione przez czynniki o działaniu chłodzącym. Największą rolę odegrały najprawdopodobniej zanieczyszczenia – pyły, sadze i aerozole przemysłowe. Poprawa standardów ochrony środowiska oraz postęp technologiczny w latach 60. i 70. przyczyniły się do poprawy stanu atmosfery, co sprawiło, że ocieplający efekt CO2 ponownie przeważył nad ochładzającym efektem zanieczyszczeń. Długoletni trend niestety pozostaje ten sam – Ziemia się ociepla.

Według pana Kolonko „faktem jest także, że czynne dziś wulkany emitują więcej CO2 niż wszystkie nasze fabryki, samoloty i samochody razem wzięte”. Według nauki fakty są zgoła odmienne. Szacuje się, że wulkany emitują około 150 razy mniej dwutlenku węgla niż współczesna cywilizacja.

Pan Kolonko stwierdza, że: „zwierzęta i bakterie żyjące na Ziemi wytwarzają ok. 150 gigaton dwutlenku węgla rocznie, ludzie zaledwie 6,5 gigatony. Najwięcej dwutlenku węgla emitują oceany pokrywające ponad 70 proc. naszej planety”. Ludzkie emisje to zaledwie niewielka część emisji, a jednak potrafiły zaburzyć równowagę delikatnego systemu klimatycznego. Dla ilustracji posłużę się pewną analogią:

Pewne lotnisko dysponuje taką ilością punktów kontroli paszportowej, by skontrolować 1000 przylatujących pasażerów na godzinę. Dopóki na lotnisko przybywa 1000 pasażerów na godzinę, przed okienkami ustawiają się niewielkie, niewydłużające się kolejki. Wyobraźmy sobie, że z powodu mgły kilka dodatkowych samolotów zostaje przekierowanych z pewnego małego lotniska na nasze. W kolejce ustawia się dodatkowych 50 pasażerów na godzinę – niewielu, zważywszy, że przepustowość punktów kontroli wynosi aż 1000 osób na godzinę. Dlatego na początku zarządcy lotniska nie wysyłają na posterunek dodatkowego pracownika i urzędnicy nadal odprawiają 1000 pasażerów na godzinę. Co się dzieje? Powoli, lecz nieuchronnie kolejka rośnie. W podobny sposób dodatkowe, pozornie niewielkie, emisje CO2 spowodowane przez człowieka zaburzają równowagę systemu wymiany węgla w przyrodzie.

Nie sztuka zagłuszyć debatę
W niniejszej polemice wskazałam wiele niedopowiedzeń i błędów interpretacyjnych zawartych w artykule pana Kolonki. Nie podważając dobrej woli autora tekstu, twierdzę, że dla dobra debaty lepiej posiłkować się rzetelnymi opracowaniami, a nie dźwięcznymi, dobitnymi uproszczeniami. Nie sztuka zagłuszyć debatę i zdezawuować oponentów. Sztuką jest uważne i prowadzone w atmosferze wzajemnego szacunku opiniowanie zjawisk. Stoimy wobec wyzwania bez precedensu i mocne męskie słowa, w których celuje pan Kolonko, powinny mieć wydźwięk konstruktywny. Cóż, jeśli naukowcy się nie mylą? O czym będą debatować nasze wnuki na ostatnich bezpiecznych skrawkach lądu?

PS Być może w marcu w Waszyngtonie padał śnieg, za to kiedy zatwierdzano ustawę klimatyczną – było upalnie. Ani jedna, ani druga obserwacja nie jest podstawą do wysnuwania wniosków na temat zmian klimatu, bo pogoda jest tylko stanem atmosfery w danej chwili, a klimat to wieloletnia charakterystyka tego, co się dzieje w pogodzie.

Autorka jest kierownikiem programu dla klimatu Polskiej Zielonej Sieci oraz specjalistką ds. międzynarodowych negocjacji konwencji klimatycznej ONZ

__________________________________________________________


Ocieplenie – największy szwindel naszych czasów

Autor artykułu: Mariusz Max Kolonko 30-07-2009,

Źródło: Rzeczpospolita

Żeby była jasność: popieram ochronę środowiska. W moim hrabstwie (po angielsku: county – count to hrabia, a Ameryka z anglosaskiej tradycji się wywodzi) w Bergen, uchodzę za wojującego ekologa, zaś moja ostatnia walka o okoliczne drzewa trafiła na łamy amerykańskich gazet — pisze publicysta

„Ocieplenie groźniejsze od bomby atomowej” – straszy pani Marta Śmigrowska i Koalicja Klimatyczna w opublikowanym w internecie liście do redakcji „Rzeczpospolitej”. Podobnie straszą w Ameryce ekolodzy (jak napisałem niedawno w artykule „Globalne ocieplenie czy globalna ściema”) pokazując nam białe niedźwiedzie taplające się w topniejących lodowcach Alaski, zaś drugą ręką przepychają w Kongresie ustawę, „która doprowadzi do cichej ingerencji rządu w każdą dziedzinę życia obywateli”.

Strategia strachu, jedna z cech liberalnego myślenia, jest dziś w modzie i służy przewalaniu interesów politycznego lobby, interesów, których niezastraszone społeczeństwo inaczej by nie przyjęło. List polskich ekologów niestety potwierdza sprzężenie relacji ekologia – liberalne myślenie, sprzężenie dla obu stron korzystne ale dla społeczeństwa równie niebezpieczne, co emisja zanieczyszczeń dla środowiska.

Strategia strachu
Strategia strachu jest w politycznej modzie na obu półkulach. W Ameryce to najważniejszy sposób działania administracji Baracka Obamy. Czy pamiętamy: „cała gospodarka się zawali jeśli nie wpompujemy pieniędzy społeczeństwa w ratowanie upadających banków” (Timothy Geithner – Sekretarz Skarbu). Nie starcza mi miejsca i siły by pisać tu o mrocznych interesach firm i sieci politycznych powiązań, że wspomnę choćby firmę Goldman Sachs, której przedstawiciele krążyli jak sępy wokół naszych (społeczeństwa) pieniędzy i je, rzecz jasna, od Obamy dostali.

Czy pamiętamy, jak szefowie koncernów samochodowych z Detroit straszyli na przesłuchaniach w Kongresie: jeśli nie dacie pieniędzy na ratowanie motoryzacji, przemysł samochodowy upadnie? Pieniędzy – w zasadzie – nie dano. Przemysł nie upadł.

A inne straszaki: „nuklearna zima” za Reagana? Y2K za Clintona? Katastrofa Maltuzjańska XVIII wieku? I co? Nic.

Mnie nie chodzi o to, droga Pani Marto, czy sto lat temu lodowce topniały wolniej niż teraz i czy misie pływają dziś po Arktyce zamiast chodzić po krach. Możemy się licytować danymi preparowanymi na potrzeb poparcia argumentów jednej czy drugiej strony w nieskończoność. W Ameryce ekologiczne lobby wspierają liberalne media, których czołowy reprezentant, New York Times udostępnia łamy takim zwolennikom klimatycznej ustawy, jak noblista Paul Krugman. Biuro Budżetu Kongresu oblicza, że wprowadzenie ustawy klimatycznej będzie kosztowało amerykańską rodzinę 175 dolarów, ale już analizy The Heritage Foundation szacują te same wydatki na 2 979 dolarów.

Istotny jest tu mechanizm zjawiska w którym chodzi o kontrolę i kasę społeczeństwa, któremu przedstawia się apokaliptyczną wizję zagłady świata, posługując się badaniem modelowym majstrowanym na zlecenie polityków w uniwersyteckich laboratoriach.

Naukowcy chcą być ważni. Oczywiście! Przecież za to biorą pieniądze, a ekologia to jedna z nielicznych współcześnie dziedzin, których przedstawiciel w warunkach kryzysu, nie traci pracy na rzecz murarza, którego potrzebuje właśnie walący się bez remontu dom.

Mój artykuł „Globalne ocieplenie czy globalna ściema” traktuje o największym szwindlu współczesnej historii dokonywanym w imię ochrony środowiska, w którym społeczeństwom przystawia się spluwę do głowy i mówi: jak nie dacie na środowisko to palniecie sobie w głowę… To ja już, droga Pani Marto, wolę umrzeć od atomu.

Kto jest kim i co jest czym
Żeby była jasność: popieram ochronę środowiska. W moim hrabstwie (po angielsku: county – count to hrabia, a Ameryka z anglosaskiej tradycji się wywodzi) w Bergen, uchodzę za wojującego ekologa, zaś moja ostatnia walka o okoliczne drzewa trafiła na łamy amerykańskich gazet (okładka dziennika Suburbanite, lato ub. roku). Martwi też mnie, że z czasów dzieciństwa pamiętam śnieg w dniu Święta Zmarłych w Polsce, a dziś na początku listopada nad Wisłą pada najwyżej deszcz. Ale wiem także, że od 20 lat nie było w Nowym Jorku tak zimnego lata jak teraz, kiedy domu nie musi chłodzić klimatyzator.

Mimo to rząd Obamy nie zmusi mnie do malowania dachu mojego domu na biało, żebym redukował efekt cieplarniany czy do rezygnacji z Cadillacka Escalade pożerającego galon benzyny na 12 mil (czyli ok. 20 litrów na 100 km) – choćby dlatego, że koleżanka po kraksie Mini Coopera przed miesiącem, do dziś nie wyszła ze szpitala. Sam zaś – proszę mi wybaczyć – bardziej sobie cenię moje zdrowie niż żywot najpiękniejszego nawet włochatego misia na Alasce. Choć oczywiście tego misia chciałbym uratować. Najpierw jednak wolałbym zobaczyć czołowego propagatora straszaka globalnego ocieplenia – Ala Gora, jak rezygnuje z przelotu swoim odrzutowcem, który emituje kilkaset razy więcej spalin do atmosfery, niż mój SUV-przestępca.

„Walka o ustawę klimatyczną jest walką o charakter Ameryki, która z kraju wolnego wyboru i wolnorynkowej samoregulacji emisji zanieczyszczeń zamieni się w kraj sterowany instrukcjami polityków w Waszyngtonie, w którym o osobistych wyborach obywateli decyduje rząd” – napisałem w swoim artykule.

Co na to polscy ekolodzy? Że w Ameryce biją Murzynów… No prawie: „Jakie mogą być „osobiste wybory” obywateli krajów Trzeciego Świata (martwi się pani Śmigrowska) już teraz wyjątkowo mocno dotkniętych zmianami klimatu? Być może, w obliczu nasilających się klęsk żywiołowych i niemożności zaspokojenia podstawowych potrzeb, mieszkańcy krajów rozwijających się „osobiście wybiorą” migrację do krajów rozwiniętych – USA, Europy, w tym Polski.”

Pani Marto, proszę się nie martwić wyborami mieszkańców Krajów Trzeciego świata, bo to jest ich problem, nie nasz. Czy mieszkańcy Boliwii czy Meksyku mają dwie lewe? Czy ich mózgi są inaczej ustawione od przedstawicieli cywilizacji zachodniej? Co im przeszkadza w realizacji Mexican Dream czy Peruvian Dream i dlaczego jest on tak odmienny od amerykańskiego? Straszy pani, że przyjdą nam pod dom, głodni z nieekologicznym piecykiem? Czy mamy się dać zastraszyć złodziejowi oddając mu profilaktycznie co miesiąc portfel, żeby nas nie okradał?

W Ameryce nie oddaje się złodziejom portfeli, zaś dla amatorów łatwego chleba budujemy graniczny mur. Tu bierze się sprawy w swoje ręce zaś potrzebującym pomocy pomaga się, jak śpiewał Paul Simon, „by pomogli sobie samym.” Ale kłopot z lewicowymi ekologami jest właśnie taki, że chcą narzucić swą wolę ludziom, którzy nie tylko, że nawet o ich istnieniu nie wiedzą, co niekoniecznie tej pomocy oczekują. Proszę pójść do domu ubogiego mieszkańca Peru, zacząć mu zmieniać piecyk na elektryczną grzałkę, i zobaczyć jak na to zareaguje.

Prezydent George Bush nie podpisał protokołu z Kyoto dlatego, że kraje rozwinięte nie będą w stanie dokonać planowanych redukcji emisji zanieczyszczeń bez udziału Krajów Trzeciego świata, co potwierdzono także na konferencji pod patronatem Narodów Zjednoczonych (UNFCCC) w Poznaniu w grudniu 2008. Trzeci świat zaś nie robi nic w tej sprawie, bo ma inne, egzystencjalne, problemy na głowie.

Z tych powodów jednakże Trzeci Świat nie może dyktować warunków w jakich funkcjonować będzie największa gospodarka świata. Takie jest stanowisko Ameryki. To dlatego protokoły z Kyoto Ameryka wrzuciła do kosza i chwała jej za to. Amerykanie wcale nie są w tym myśleniu odosobnieni.

Minister środowiska Indii oświadczył Hilary Clinton w czasie ostatniego szczytu G8, że Indie nie przyjmą limitów zanieczyszczeń bo ograniczy to ich wzrost gospodarczy. Na podobnej zasadzie okoniem stoją ekologom Chiny, bo Mr. Ping Pong w Pingliang ma głęboko w nosie, czy mu komin dymi, czy nie, byleby wypiekał się chleb.

Ale nasi ekolodzy w swym liście do redakcji znów wykazują się liberalnym myśleniem opartym o koncepcję strachu: białe niedźwiedzie maszerują już teraz ramię w ramię z biednymi z Krajów Trzeciego świata. Zobaczmy zatem, kto jeszcze maszeruje w tym „ekologicznym” pochodzie…

W liście polskich ekologów czytamy: „Ostatecznie wątpliwości pana Kolonki rozwiać powinien raport „Reducing U.S. Greenhouse Gas Emissions” firmy McKinsey – jednej z najważniejszych firm doradczych świata, gdzie stwierdzono, że stabilizacja stężenia gazów cieplarnianych….” Gadu, gadu, gadu…

Mnie wystarczy nazwa firmy. Mc Kinsey kojarzy się w Ameryce nieodparcie ze skompromitowanym Enronem, firmą, którą „specjaliści” Mc Kinsey’a oskubali z milionów dolarów w zamian za rady, które doprowadziły do jednego największych bankructw w historii Ameryki. Cytowany przez polską Koalicję Klimatyczną ekspert, firma Mc Kinsey, zatrudniała takich „ekspertów” jak były szef Enronu Jeff Skilling, który znał się na ekologii o tyle, że miał brata meteorologa i zawsze przepowiadał pogodę akuratnie czytając ją z ruchu chmur. Proszę sprawdzić u źródeł – w więzieniu federalnym w Colorado, gdzie ów wasz „ekspert” odsiaduje karę 24 i pół roku pozbawienia wolności za całoksztalt swej działaności.

Firma Mc Kinsey znana jest także z nowej strategii systemu ubezpieczeniowego, wdrażanej w Ameryce poczynając od lat 80. Chodzi o zaniżanie wartości odszkodowań oparte na strategii 3 razy O: opóźniania, odmawiania i obrony wypłat. Z tego powodu firma widnieje wśród oskarżonych przez ofiary huraganu Katrina, który nb. polscy ekolodzy tak skwapliwie cytują w swym liście jako efekt globalnego ocieplenia.

Co ma piernik do wiatraka
Przykro mi, ale cytowane w liście polskich ekologów kataklizmy klimatyczne ostatnich lat (Huragan Katrina) mają w istocie tyle wspólnego z postępującym ociepleniem co trąba powietrzna z tubą.

W książce „Odkrywanie Ameryki” piszę o jednej z pierwszych europejskich kolonii w Ameryce, Jamestown, którą w 1609 nazwano „Kostnicą” z powodu suszy, która dziesiątkowała kolonistów, a co skwapliwie opisał w swych dziennikach kapitan John Smith „w którym indiańska piękność Pocahontas kochać się miała”. Zapis w pamiętnikach Smitha przesunąłby zatem zjawisko suszy o kilka wieków wstecz, psując szyki polskim ekologom ukazującym współczesne nam kataklizmy jako wynik zmian klimatu.

Jako dziecko pamiętam także na lekcji religii Księgę Rodzaju z opisem potopu… no, wtedy lało solidnie przez 40 dni i nocy. Zjawisko potwierdzone w różnych tradycjach religijnych udokumentowałoby fenomen powodzi kilka tysiącleci wcześniej niż cytowany w liście ekologów kataklizm huraganu Katrina. A dr William Gray największy bodajże ekspert od huraganów wyliczył, że mieliśmy więcej huraganów w pierwszej połowie XX wieku niż w ciągu ostatnich 50 lat.

W pochodzie świadków ocieplenia zestawionych przez naszych ekologów maszerują też wojskowi. ściślej: (istotna różnica) emerytowani wojskowi, jak cytowany w liście generał Tony Zinni, który jak podają ekolodzy w liście, ostrzegał, że „juz wkrótce poniesiemy militarne koszty zmian klimatu. Będą straty w ludziach.” Wojskowi pamiętają, że globalne oziębienie odpowiada za uratowanie ludzkości w kształcie w jakim ją znamy, gdyż to surowa zima właśnie zatrzymała trzy armie nacierające na Rosję: szwedzką w 1708, napoleońską w 1812 i hitlerowską w 1941. Wszyscy ale nie Zinni. Może dlatego, że wojskowym już nie jest. Były szef U.S. Central Command od lat nie utrzymuje się z rządowych pieniędzy, a z pieniędzy prywatnych biznesów. W czasie, gdy w kwietniu 2007 przygotowywano 35-stronicowy raport emerytowanych wojskowych, obywatel Zinni miał już przygotowany kontrakt z DynCorp, gdzie od lipca 2007 rozpoczął pracę.

Czym zajmuje się DynCorp? Między innymi kontraktami dla wojska w Iraku – 95% zleceń otrzymuje od rządu (w tym kontrakt na 1 mld dolarów za szkolenie irackich policjantów). Jakie jeszcze kontrakty otrzymuje ta firma? Och, na przykład… kontrakt na pomoc ofiarom huraganu Katrina. Śmiechu warte? Podobnie jak opinia innego emerytowanego wojskowego „eksperta” z cytowanego raportu, byłego Generała Paula Kerna, który straszy (ojej, znowu?) „zwiększeniem imigracji z Meksyku w wyniku kurczenia się zasobów wodnych kraju z powodu suszy”. O rany! A ja zawsze myślałem, ze za bałagan imigracyjny z Meksykiem odpowiada „huragan Bill” (Clinton)…

W 2001 roku wspomniany DynCorp byłego generała Zinna, obecnie zwolennika ochrony środowiska, oskarżony został przez ekwadorskich farmerów o zniszczenie środowiska i pól utrzymujących 10 tys. ludzi w wyniku nieprawidłowego stosowania herbycidów, niszczących środowisko w rejonie przygranicznym. Przyjrzyjmy się jeszcze, któż zasiada w zarządzie firmy Dyncorp, gdzie pracuje były generał Zinn? Znamy tam kogoś? Od 1988 do 97 roku pierwsze skrzypce grał tam Herbert (Pug) Winokur. Zaraz, zaraz…czy to nie ten sam Winokur, który zajmował się finansami wspomnianego już Enronu?

Idźmy dalej tym tropem… gdzie jeszcze pojawia się ten kolega byłego generała, a dzisiejszego zwolennika ochrony środowiska, obywatela Zinna? Okaże się wtedy, że Winokur jest także szefem Capricorn Investment Group. Brzmi znajomo? Nic dziwnego. Jak pisałem w moim artykule „Globalne ocieplenie czy globalna ściema”, fundusz Capricorn Investment w ekskluzywnym Greenwich w Connecticut założył tworca Ebay, Jeff Skoll partner inwestycyjny naszego ulubieńca od ochrony środowiska, Ala Gora. To Skoll sfinansował filmowe „arcydzieło” byłego wiceprezydenta pt. „Niewygodna Prawda”, a w którym to funduszu sam Al Gore zainwestował 35 milionów dolarów, dorabiając się dziś fortuny szacowanej przez Fast Company na100 milionów dolarów.

Koalicja rozsądku
Mógłbym długo opisywać korporacyjne macki powiązań ekologów i zwolenników zielonego lobby ze światem twardego, bezwzględnego biznesu, przy których machinacje rodziny Soprano wyglądają jak bajki dla dzieci.

Dlatego tym bardziej robi mi się smutno, kiedy prawdziwe ludzkie zaangażowanie w ochronę przyrody polskich ekologów (i wielu innych na świecie) zostaje wykorzystane przez grupę grających w golfa, wyposażonych w czarne karty kredytowe cwaniaków, mających wystarczająco dużo tupetu i środków, żeby dyktować nam, zwykłym ludziom pielęgnującym drzewa w ogródku, jak mamy żyć.

Ludzie ci chcą nas skłócić i zastraszyć, forsując swoje wersje ustaw klimatycznych zanim połapiemy się, że tak naprawdę stoimy po tej samej stronie – po stronie przyrody i naszej planety.

Tymczasem jest jak w piosence Leonarda Cohena: „W Nowym Yorku jest zimno. Poza tym, w porządku.”

_________________________________
Klimat jak z Ludluma

Autor artykułu: Marta Śmigrowska

Źródło: Rzeczpospolita OnLine

Czyżby przyroda pozostawała na usługach ekologów? Dość wspomnieć, że lipcowe wichury zabiły siedem osób, a czerwcowa powódź kosztowała miliard złotych

Szeryf (Barack Obama) dał się kupić cwaniakom ze Wschodniego Wybrzeża (ekolobby Ala Gore’a), a w saloonie lada chwila skończy się whisky (ustawa klimatyczna zrujnuje amerykańską gospodarkę). Tak oto amerykańskie zapasy o prawo klimatyczne widzą jego zagorzali przeciwnicy. Z pewnym zdumieniem odnajduję w tekście pana Mariusza Maksa Kolonki pt. „Ocieplenie – największy szwindel naszych czasów” echa tej westernowej stylistyki. Szczególnie, że wcześniej na łamach „Rzeczpospolitej” podałam solidne argumenty na to, że ustawa jest Ameryce potrzebna.

By zasypać przepaść pomiędzy nami (ekologami) a resztą świata, na chwilę zostanę sąsiadką pana Kolonki w którejś z mieścin w hrabstwie Bergen. Usiądźmy więc w fotelu w przeciętnym domu w Bergen, pogodnie popatrując na nasze osobiście uratowane drzewo (skądinąd, tak trzymać!). Nastrój może zepsuć nam fakt, że nasz wpływ na środowisko nie kończy się na kilku przydrożnych drzewach, ale przejawia się w sposobie, w jaki korzystamy z energii, podróżujemy i konsumujemy. Nasz fotel, niechybnie wyprodukowany w Chinach, stanowi poważne źródło emisji gazów cieplarnianych z produkcji i transportu.

Porzućmy chiński fotel i wdrapmy się na nasze amerykańskie drzewo, by nabrać nieco szerszej perspektywy.

Pan Kolonko wyraźnie dał do zrozumienia, że argumenty natury przyrodniczej (takie, jak niedźwiedzie smętnie popatrujące na topniejące lodowce) nie trafiają mu do przekonania. Sęk w tym, że ekologia rozumiana jako luksus, naddatek do rozwoju konsumpcji, jest pieśnią przeszłości. Straty gospodarcze związane z dewastacją przyrody (w tym z dewastacją klimatu) zmuszają nas do podjęcia nowatorskiego myślenia o rozwoju ograniczonym wyczerpującymi się zasobami planety.

Naiwni ekolodzy i rozsądni obywatele
Liczbom, faktom, uzasadniającym wprowadzenie klimatycznych regulacji, pan Kolonko przeciwstawia obrazowanie rodem z powieści sensacyjnej. Są więc ONI (naiwni ekolodzy), MY (rozsądni obywatele), a w tle biznesowe hieny pociągające za sznurki ekologicznych pacynek. Brakuje tylko prominentów usuniętych skrytobójczo (najlepiej zaczadzonych gazem cieplarnianym w swoim przepastnym SUV). Klimat jak z Ludluma.

Przeformułowanie paradygmatu rozwoju, odważny zwrot ku odnawialnym źródłom energii i efektywności wykorzystania energii to nasza szczepionka przeciw zmianom klimatu. Uparte powoływanie się na to, że tuzy biznesu zarobią na amerykańskiej ustawie klimatycznej, to jak rezygnacja ze szczepień, bo produkuje je duża, posażna firma farmaceutyczna.

Słusznie wskazuje pan Kolonko, że na idei można zarobić – również na idei ochrony klimatu. Zaprośmy więc naszych, polskich przedsiębiorców, by wskoczyli do pierwszego wagonika tej rozpędzającej się klimatycznej kolejki!

Pochylmy się nad stwierdzeniem, że wokół nowej ustawy klimatycznej kręcą się rzesze „grających w golfa, wyposażonych w czarne karty kredytowe cwaniaków”. Śmiem twierdzić, że kręciłyby się wokół każdej nowej obiecującej ustawy. Charakter obecnej przemiany (wraz z wpisaną w amerykańskie procesy legislacyjne podatnością na naciski) nie różni się niczym od innych przemian czy przełomów technologicznych. Twierdzenie, że ochrona klimatu jest „największym szwindlem naszych czasów” jest nadmiarowe, by nie rzec – bombastyczne.

Skoro problem jest palący, czy jesteśmy w stanie wyłonić w castingu 12 sprawiedliwych, którzy, w ramach umowy o dzieło, zatrzymają dla nas zmiany klimatu? Nie, działania podejmują ci, którzy już są w strukturach władzy. Nie mamy czasu wymienić ich na bardziej etyczne egzemplarze. To czysty, chłodny pragmatyzm, którego odmawiają mi i innym zwolennikom ochrony klimatu sceptycy, usiłując zepchnąć nas do getta naiwności bądź ekstremizmu.

Klimatyczny ping pong z Trzecim Światem
To pragmatyzm podpowiada, że powinniśmy rozmawiać z panem Liu z Pingliang (pozwolę sobie nazwać mojego chińskiego przyjaciela innym mianem, niż deprecjonujące „Ping Pong” pana Kolonko).

Według naukowców stoimy przed koniecznością drastycznego obniżenia emisji gazów cieplarnianych na głowę mieszkańca globu, nawet do poziomu 1 tony CO2 eq (dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych przeliczonych na CO2). Obecnie, zgodnie z danymi amerykańskiej rządowej Energy Information Administration, ten osobisty „ślad węglowy” wynosi dla Amerykanina ok. 20 ton CO2 eq, dla Polaka – 8 ton, a dla Chińczyka – 4,5 tony. Czterokrotnie niższe emisje dzielą pana Liu od dobrobytu mieszkańca hrabstwa Bergen i pan Liu ma tego świadomość. Nie czas grać w klimatycznego ping ponga. Wspólnie musimy powrócić do osobistego „śladu węglowego” rzędu 1 tony CO2 eq. Nie zmieni tego fakt, że mamy pana Liu w głębokim poważaniu. Pan Liu i tak upomni się (chyba słusznie?) o prawo do rozwoju. By więc pan Liu trzymał w ryzach swoje emisje i my musimy emitować mniej: ja, pan, panie Mariuszu, i każdy mieszkaniec Bergen zanurzony pogodnie w chińskim fotelu. I o to toczą się międzynarodowe negocjacje, w których, wbrew pozorom, Chiny nie są głównym hamulcowym. Dość wspomnieć, że Państwo Środka dysponuje obecnie największą na świecie mocą zainstalowaną w odnawialnych źródłach energii i wyznaczyło sobie ambitne cele podniesienia efektywności energetycznej gospodarki.

Rozumiem jednak wręcz histeryczny lęk przed Chinami, jaki panuje w Stanach Zjednoczonych (taki właśnie lęk wykazali doradcy kongresmanów, z którymi rozmawiałam ostatnio na waszyngtońskim Kapitolu). Deficyt handlowy w obrocie z Państwem Środka w samym 2008 r. wyniósł 268 mld dolarów i stanowi aż 83 proc. całości deficytu w handlu zagranicznym USA (z wyłączeniem ropy naftowej).

Zadłużenie wobec Chin wynosi 800 mld dolarów. Zapytuję jednak nieco prowokacyjnie – a kto im kazał tak się zadłużać? Kto im kazał kupować chińskie plastikowe wchodziki dla jamnika, by mógł wgramolić się do SUV? Po co kupili te wszystkie porcelanowe żyrafy i koła sternika do domu w pustynnej Nevadzie? Chorobliwe uzależnienie USA od chińskich produktów nieco kłóci się z twardą sugestią pana Kolonko, by „nie martwić się wyborami mieszkańców krajów Trzeciego Świata, bo to jest ich problem, nie nasz”.

Skoro Ameryka nie jest samotną wyspą, nie stać jej na to, by buńczucznie odwrócić się plecami do reszty świata. W globalnej gospodarce nasze ekonomiczne (i moralne, nie bójmy się tego słowa!) wybory pozostają w ścisłej korelacji i z wyborami pana Liu i pana Vazqueza, który swój peruwiański sen zmuszony jest realizować w warunkach narastających strat gospodarczych wiązanych ze zmianami klimatu. (Peru zostało umieszczone przez prestiżowy Tyndall Centre on Climate Change w pierwszej trójce państw najbardziej narażonych na skutki zmian klimatu, po Bangladeszu i Hondurasie). Dodajmy, że USA odpowiada za ponad 20 proc. światowych emisji gazów cieplarnianych, a nieszczęsne Peru – za 0,1 proc. emisji.

Strategia strachu czy strategia szansy?
Pan Kolonko wypomina zwolennikom ochrony klimatu realizowanie strategii strachu, „przystawianie społeczeństwom spluwy do głowy” w imię tajemniczej, lewicującej inżynierii dusz i portfeli.

Czyżby nawet przyroda pozostawała na usługach ekologów, racząc nas przerażającymi ekstremami pogodowymi? Dość wspomnieć, że lipcowe wichury zabiły w Polsce siedem osób, a czerwcowa powódź na południu kraju kosztowała miliard złotych.

Paliwa kopalne, o które toczymy to całe larum, podpowiadają nam inną strategię – strategię konieczności. Zbliżamy się do momentu, kiedy wydobycie ropy (a następnie gazu) osiągnie szczyt i zacznie spadać (tzw. peak oil). Jak powiedział ostatnio brytyjskiemu „Independent” główny ekonomista International Energy Agency (IEA) dr Fatih Birol: „Któregoś dnia ropa się wyczerpie (…), musimy porzucić ropę, zanim ona porzuci nas i musimy się na ten dzień przygotować. Im wcześniej zaczniemy, tym lepiej, bo cały nasz system ekonomiczny i społeczny opiera się na ropie, zmiana będzie więc czasochłonna i bardzo kosztowna. Powinniśmy podejść do tego naprawdę poważnie”.

Jeżeli chcemy być przygotowani na to ostateczne zamknięcie kurka, powinniśmy już teraz wykorzystywać paliwa kopalne do produkcji instalacji odnawialnych źródeł energii (które to procesy też wymagają energii).

Inna rzecz, że cała rzesza zwolenników ochrony klimatu postrzega regulacje klimatyczne jako nowe otwarcie i realizuje strategię szansy. Zarówno na gruncie amerykańskim, jak i polskim, energetyka rozproszona to miejsca pracy na terenach wiejskich, o dużej stopie bezrobocia. To szansa dla małych i średnich przedsiębiorstw, producentów komponentów do instalacji OZE (polski rynek jest ich strasznie głodny!). To szansa na samowystarczalność energetyczną, którą obiecuje tzw. mikrogeneracja, czyli prywatne, przydomowe odnawialne źródła energii.

Polityka klimatyczna to wreszcie tzw. koszty uniknięte – emisje z kominów elektrowni spalających węgiel przyczyniają się do rozwoju chorób cywilizacyjnych, szczególnie chorób układu oddechowego, stanowiąc poważne obciążenie dla budżetu służby zdrowia. Koszty uniknięte dzięki przyjęciu europejskiego pakietu klimatyczno-energetycznego oszacowano na 25 mld EUR rocznie.

W całej tej skomplikowanej układance to reakcyjni sceptycy klimatyczni zdają się realizować strategię strachu – strategię strachu przed zmianą.

Rewolwer za podwiązką
Na zakończenie drobna osobista nuta: niedawno pewien ekscentryczny polityk nazwał mnie w popularnym programie publicystycznym „pachołkiem bandytów i złodziei”. Jako, że debata na temat zmian klimatu nabiera w mediach rumieńców, zapewne skolekcjonuję cały wachlarz epitetów z ust roznamiętnionych klimatycznych sceptyków. Zgodnie z twardym prawem Dzikiego Zachodu powinnam zatknąć rewolwer za podwiązkę i stanąć z nimi do krwawego pojedynku. Koniecznie w samo południe.

Pytanie, czy warto? Przecież chodzi o to, by się dogadać. Możemy potępić w czambuł negocjacje nowego ładu ekonomicznego, ograniczonego możliwościami klimatu, bo naruszają nasze ciepłe i wygodne status quo. Zdekonstruować i podważyć, skupiając się na jednym (i to tym najbardziej sensacyjnym) elemencie puzzle. Pytam jednak, co w zamian? Pytam o wizję. Wizję naszej wspólnej, było nie było, przyszłości.

Marta Śmigrowska jest kierownikiem programu klimatycznego Polskiej Zielonej Sieci oraz specjalistką ds. międzynarodowych negocjacji konwencji klimatycznej ONZ.

________________________________________________

Tekst zamieszczony na blogu SdS w 2009 roku przez Michała Kopcia.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s